TAJLANDIA 2012

To nasza pierwsza wyprawa do Azji

26.11.2012 Środa

Rano meldujemy się na lotnisku Chopina.
Wreszcie… lecimy. Warszawa-Docha, Docha-Bankog, tego samego dnia jeszcze liniami Air Asia z Bangkoku do Krabi.
Lot Warszawa- Docha liniami Quatar mija przyjemnie, podobnie lot z Docha do Tajlandii.
Ok. 7 rano jesteśmy na międzynarodowym lotnisku w Bangkoku.
Tu po odprawie znajdujemy bezpłatny autobus na lotnisko krajowe.
Przy stanowisku, które znajduje się na samym dole po prawej stronie stoją autobusy bezpłatnie jadące na lotnisko krajowe, trzeba tylko pokazać, że ma się bilet na kolejny lot, właśnie z niego.
Bangkok przez okna autobusu robi rano niesamowite wrażenie, korki, ścisk, ciągłe trąbienie, a mimo wszystko powoli cała ta masa sunie do przodu. Jedziemy w porze, kiedy wszyscy jadą do pracy. Przejazd zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Spędzamy kilka następnych godzin na lotnisku, ponieważ samolot mamy o 13.30. Pijemy pierwszy raz wodę z kokosa i… smakuje starym sandałem. ( nie poddajemy się jednak i szukamy przez cały pobyt dobrych kokosów ).

O godzinie 16 przylatujemy do Krabi.

Wszystko jest nowe, inne, takie nieznane.
Po wyjściu z lotniska łapiemy taksówkę, a w zasadzie to ona łapie nas.
Musimy dostać się do Ao Nang, mamy do przejechania 26 km, a następnie do przepłynięcia jeszcze kawałek łodzią do zatoki Railay Beach. Ponieważ to nasz pierwszy wypad zarezerwowaliśmy hotel przez Booking.com z opcją odbioru nas przez hotel.

Ao Nang ulica przy plaży.
Widok z Ao Nang na Railay Beach

Koło 18.00 jesteśmy wreszcie na miejscu, wreszcie możemy rozkoszować się naszymi wakacjami i planować kolejne dni. Pierwsza kolacja w knajpce przy plaży, pierwsze tutejsze rewelacyjne jedzenie.
Bardzo późnym wieczorem tutejsi chłopcy przynieśli wyłowione małe rekinki. Wyglądały jak dorosłe osobniki tylko w miniaturze i co nas mocno zdziwiło stworzenia te są szorstkie i mimo małych rozmiarów – miały może ok. 50 cm, były bardzo silne.
Zaczynamy powoli zakochiwać się w Tajlandii.

27.11.2012 Czwartek

Ponieważ zupełnie się nie wiemy jak się poruszać po Azji i czego się spodziewać, wykupujemy za 800/os  BTH wycieczkę na James Bond Island. Tak to tu właśnie kręcono film o słynnym agencie 007.
W pakiecie jest też Canoeing, obiad w domach na wodzie, oczywiście przejazd łodzią, transfer z i do hotelu, chyba, że tak jak my ktoś będzie mieszkać w zatoce to transport z i do plaży. Wszystko to trwa od 8.00 rano do 17.00. Z samego rana ruszamy łodzią do Aonang, następnie jedziemy,a w zasadzie jesteśmy zawiezieni na miejsce, z którego we wszystkich możliwych kierunkach odpływają łodzie. Widoki są powalające, głowy chodzą nam we wszystkich możliwych kierunkach.

Pierwszą atrakcją jest canoeing, z naszej wielkiej łodzi przesiadamy się do małych kajaczków.

Łódki sklepiki.

Trafia nam się wesoły bardzo człowiek, który jest od teraz naszym „kierowcą”. Śpiewa, opowiada kawały, robi nam zdjęcia, robi zdjęcia sobie z nami, hałasuje, śpiewa, stara się jak może. Chwilę później podpływają do nas łódki „sklepy” z owocami, wodą i łakociami. Oczywiście jako, że jesteśmy pierwszy raz na takiej wyprawie dajemy się jak dzieci naciągną na wszystkie „atrakcje” , dobrze, że chociaż czasem się targujemy. Wpływamy do jaskini, przepływając do górą bardzo ciasnym przesmykiem. Kończymy niestety zabawę i jedziemy na wyspę Bonda. Tu z tłumem podobnych do nas turystów czekamy w kolejce by zrobić sobie pamiętne zdjęcie i jedziemy na obiad do domów, które zbudowane są na wodzie. Tu oczywiście też są sklepy i pamiątki i łakocie.

Wieczorem zostajemy podwiezieni do Aonang i tu postanawiamy jeszcze się pokręcić po miasteczku zanim popłyniemy do naszego hotelu. Jemy przydrożne potrawy, ostrożnie bo nie znamy nazw i czasem nie do końca wiemy co jemy, natomiast z godziny na godzinę śmielej i z coraz większym smakiem zajadamy tutejsze smakołyki.

28.11.2012 Piątek

Kolejny dzień to wyprawa na cztery wyspy min. Maya Bay tam gdzie kręcono  „Niebiańską Palżę” z Leonardo di Caprio, oraz wyspa Phi-Phi. Koszt 1200 Batów/ osoba. Jedziemy znowu szybka łodzią motorową, a na Bambo Island dostajemy czas wolny na hulanki i swawole w niebiańsko ciepłej wodzie o kolorze fantastycznego błękitu. Relaks. Wieczorem/ nocą jedziemy jeszcze oglądać tzw. Seeing plankton, czyli plankton, który świeci w nocy. Super zabawa świetna wycieczka.

29.11.2012 Sobota

Nasz ostatni dzień spędzamy na snurkowaniu. Oglądamy pod woda rybkę Nemo i Dory i całą masę innych rybek i stworzeń zamieszkujących tutejsze rafy koralowe. Po prostu bajka. Wyłowiliśmy przeogromną muszlę obejrzeliśmy ją na pokładzie i odstawiliśmy na miejsce. Snurkowaliśmy w kilku różnych miejscach i pod ogromnymi skałami i na środku morza i w zatoce i wszędzie było na co popatrzeć i wszędzie było za krótko i szkoda, że tylko jeden dzień.

Wieczorem o 20 jesteśmy na lotnisku po to by o 22 być już w górach daleko na północy w Chang Mai.
Tym razem zamieniamy Resort na domek z trzciny w hotelu o słodkiej nazwie Blue Bird zarezerwowany też na Booking.com.
Jeszcze ok. godz. 24 wychodzimy na spacer, by ma środku miasta jeść przepyszne tajskie dania. Gubimy się przy tym tak skutecznie, że nawet napotkany policjant nie wie gdzie jest nasz hotel, mimo, że mamy mapę.

30.11.2012 Niedziela

Rano u naszej gospodyni postanawiamy zamówić wypad na trekking w górach. Okazuje się, że brat właścicielki naszego hotelu jest przewodnikiem i oczywiście nie ma problemu pojechać do dżungli, zostać tam na noc, ale zanim to nastąpi wychodzimy „na miasto” i oczywiście dajemy się naciąć kierowcy tuk-tuka, który oferuje nam, że za kilka batów zawiezie nas gdzie chcemy i pokaże co tylko chcemy, tylko … no właśnie tylko musimy odwiedzić jeden super market, do którego on nas zawiezie.
Zaczął opowiadać, że za to on ma darmowe paliwo i takie tam… Popatrzyliśmy na siebie, czemu nie, w końcu przecież potem zawiezie nas prawie za grosze. No i się zaczęło zawiózł nas do sklepu z biżuterią bardzo piękną i jeszcze droższą, potem do sklepu z garniturami, chciał jeszcze do restauracji, ale w końcu dało nam się od niego uwolnić. Na domiar złego okazało się, że nie pojechaliśmy tam gdzie chcieliśmy, a na dodatek kręciliśmy się praktycznie wokół naszego hotelu, więc okolicę zamieszkania poznaliśmy na wylot. Szkoda, że w sumie minął nam prawie cały dzień, a my nie zobaczyliśmy nawet połowy tego co chcieliśmy. Udało nam się za to w niedzielę wieczorem rozrobić wypad na nocny bazar. Coś cudownego… Uwielbiam nocne bazary i bardzo żałuję, że u nas coś takiego nie funkcjonuje, chociaż latem. Stragany, straganiki, bibeloty, pamiątki, jedzenie, muzyka niestworzona ilość wszystkiego  i wszystko to tworzy niesamowity klimat, a człowiek odkrywa, że nie musi spać, tak bardzo wciąga to nocne życie.

01-02.12.2012 Poniedziałek/Wtorek

Następnego dnia jedziemy i idziemy w góry zobaczyć jak żyją  tutejsi ludzie. Jest oczywiście bardzo gorąco, ale widoki zwalają z nóg i wynagradzają całe zmęczenie. Idziemy z grupą, która idzie jeszcze wyżej, my zaś skręcamy z jednym z przewodników do wioski położonej w górach i tu spędzamy noc. Tylko my i nasz przewodnik. W całej wiosce nie ma ani jednej białej osoby. Poza nami. Zostaliśmy zaproszeni na ognisko i tak miło skończyliśmy ten dzień.

Jest to miejsce gdzie nocują słonie, gdzie się je karmi i kąpie. Te duże zwierzęta są jak małe dzieci, np. rano pojedynczo prowadzono je do kąpieli  nad rzekę,  a gdy po włożeniu nogi do wody okazywało się, że jest zimna robiły w tył zwrot i w nogi. Oczywiście robił się raban Tajowie zaczynali machać rękoma i wykrzykiwać biegnąc za słoniami, co te miały oczywiście w nosie, no bo jak się kąpać gdy woda zimna? Natomiast godzinę później, gdy już zrobiło się bardzo ciepło same wchodziły do wody i chętnie się w niej bawiły. Nawet nie przypuszczałam, że słonie można podglądać cały dzień i że są one tak bardzo wdzięcznymi stworzeniami, tak psotne i zabawne. Dzień jednak powoli się kończył, nasz pobyt w tym miejscu odciętym od świata również. Czas zabrać plecaki ruszyć w drogę przez las, bo gdzieś tam czeka na nas na drodze jeep by zabrać nas do cywilizacji.

03.12.2012 Środa

Został nam jeszcze jeden dzień na północy, dzisiaj zwiedzanie świątyń, zaglądanie w boczne uliczki, do szkól, czy do lokalnych jadłodajni. Rano kupujemy bilety tutejszych kolei na dworcu i teraz dopiero wybieramy się na zwiedzanie. W Chang Mai jest bardzo dużo świątyń, praktycznie na każdym rogu, do każdej można wejść, my byliśmy w Wat Sri Suphan, w Świątyni Chedi Luang i w Wat Chomphu i w kilku mniejszych. Trafiliśmy na jedzenie w lokalnym barze, w którym nikt nie mówił inaczej niż w języku Tajów. Chyba czuli się niezręcznie z tym, że nie rozumieją co do nich mówimy, więc postanowili nas nie widzieć, obsługiwali wszystkich z kolejki, a gdy przyszła nasza kolej udawali, że nas w tej kolejce nie ma i zaczynali obsługiwać innych. Jednak jak już udało nam się zamówić i dostać jedzenie to było ono pysznie jak chyba jeszcze nigdzie. Zakupiliśmy tez suszone rybki i jakieś tutejsze chrupki oraz owoce na drogę, do pociągu. Zaglądamy też do jednej ze szkół boksu tajskiego, położonej gdzieś w głębi podwórek. Zupełnie przez przypadek trafiamy na trening. Przyglądamy się jak kilkunastoletni chłopcy trenują, patrzymy na warunki w jakich pobierają nauki i jesteśmy pełni podziwu dla zapału z jakim wykonują poszczególne ćwiczenia. Wieczorem jedziemy do centrum handlowego zobaczyć jak wygląda azjatyckie centrum handlowe, a tam przed nim tez odbywa się znowu jakiś nocny bazar, mniejszy co prawda od tego niedzielnego, ale co tam. Za to jest tu masa podróbek, można nabyć wszystko od zegarków na torebkach kończąc. Chodzimy oglądamy i tak nam upłynął nam kolejny wieczór.

04.12.2012 Czwartek

To dzień w którym postanowiliśmy obejrzeć miasto, popróbować lokalnych owoców, pokręciliśmy się po okolicach Chang May odwiedziliśmy znowu kilka świątyń. Wieczorem znów uczta dla podniebienia na tutejszych straganach z jedzeniem, można tak bez końca, ale niestety czeka na nas już pociąg.

05.12.2012 Piątek

O godzinie 11 z minutami odjeżdżamy pociągiem z Chang May. Wykupiliśmy droższą opcję, chyba kosztowała na niecałe 500 batów od osoby, za miejsce w wagonie sypialnym. Każdy miał swoje łóżko z zasłonką, która oddzielała od korytarza i dostaliśmy też po czystym kocyku. Wbrew temu czego się nasłuchaliśmy pociąg do Bangkoku przyjechał punktualnie o 5.55.

Tacy chcieliśmy być bystrzy, że nie zarezerwowaliśmy sobie tym razem żadnego hotelu, a co… inni mogą, innym wychodzi, to co nam nie wyjdzie? No, ale tak jedziemy, jedziemy, ten Bangkok coraz bliżej, i bliżej i tak nad ranem podjęliśmy decyzję, że może tak na szybko coś zarezerwujemy. Na dodatek dopadła nas choroba turysty, czyli wypiliśmy dnia poprzedniego napój z lodem z wody z kranu i to nie był dobry pomysł dla naszych żołądków, więc w sumie byłoby dobrze mieć jakieś lokum. No i zarezerwowaliśmy taki tam normalny, żadnych wodotrysków, pokój jak pokój, łóżko, szafa, łazienka. Przyjechaliśmy z dworca tuk-tukiem na ulicę Soi Ram Butri. Pod hotel którego nazwy nie pamiętam i pamiętać nie chcę (ale nie uprzedzając), recepcja, że tak powiem otwarta na ulicę, przy drzwiach siedzi Turek, w podkoszulce w paski z wielką plamą na brzuchu, nic to staramy się tego nie widzieć. Podchodzimy, facet patrzy na nas, jest mocno zdziwiony, że nas widzi, a zapytany o zarezerwowany pokój z niedowierzaniem wręcza nam klucz i mówi, żebyśmy najpierw poszli zobaczyć czy chcemy tu mieszkać…? Hm? Pokój znajdował się na 4 piętrze. Przejście do niego było nie lada wyzwaniem, a to dlatego, że najpierw trzeba było przejść przez wielką pralnię, następnie przez klatkę schodową, która wyglądała jakby tam od lat lokalne gangi załatwiały swoje porachunki. Z niedowierzaniem pięliśmy się coraz wyżej, ciągle jednak mając nadzieję że czeka na nas pokój ze zdjęcia w Internecie. Kiedy dotarliśmy na miejsce okazało się, że wejście do pokoju znajduje się w końcu korytarza za szafą. Powoli otwieraliśmy drzwi, a naszym oczom ukazywał się pokój jak z najgorszego koszmaru. „Apartament” był wielkości łóżka, którego stan wołał o pomstę do nieba nie jesteśmy pewni czy nie było pod nim  martwej prostytutki, na wszelki wypadek nie sprawdzaliśmy. W oknach tkwiły grube kraty niepokojąco powyginane jakby ktoś usiłował się przez nie wydostać. Pełni obrazu dopełniły drzwi do łazienki oberwane z jednego zawiasu, z olbrzymią dziurą wykopaną od środka. Kurcze nie było tego na zdjęciach na Booking.com. W sumie nawet nie musieliśmy nic mówić zrobiliśmy w tył zwrot, w drzwiach zjawił się właśnie nasz gospodarz oddaliśmy mu klucz i w nogi. Na szczęście pięć minut później byliśmy już w normalnym hotelu  w normalnym pokoju ( oczywiście po obejrzeniu miejsca w którym spędzimy następnych kilka dni).

Żeby nie było, w Chang May niczego się nie nauczyliśmy i oczywiście daliśmy się znowu naciągnąć tuk-tukarzowi na szybką wycieczkę za kilka batów. No nie wiem oni tak jakoś potrafią przekonać człowieka, że to tylko jeden market, hm… Laky Budda to, to co zobaczyliśmy oprócz marketu, ale tam też był jakiś sprzedawca pamiątek, i też zbierał kasę na jakiś szczytny cel. Jednak tym razem poszło szybciej, bo po prostu podziękowaliśmy Panu i zakończyliśmy zwiedzanie Bngkoku tuk-tukiem .

Odwiedziliśmy Świątynię Wat Pho, w której podziwiamy ogromnego śpiącego Buddę. To niesamowita budowla która wywarła na nas niesamowite wrażenie. Byliśmy pod Grand Royal Palace niestety był z jakiegoś powodu krócej otwarty i nie zdążyliśmy zobaczyć go w środku.  Wieczorem postanowiliśmy zrelaksować się na Khao San Road, ulicy knajpek, dyskotek i imprez.

06.12.2012 Sobota

Przed południem odwiedzamy muzeum barek królewskich – Royal Barge Museum w krytym hangarze nad kanałem Noi, nad samą rzeką Chao Phara, dostajemy się tam z naszego hotelu idąc spacerem. Łodzie są niesamowicie dopracowane, wyrzeźbione i ozdobione z największą starannością, godne miana królewskich. Co ważne w muzeum nie ma tłumów, można spokojnie zwiedzać nie przeciskając się przez masę  turystów. Niestety za robienie zdjęć płaci się dodatkowo. Następnie wsiadamy w jedną łodzi ekspresowych, które niczym wodne tramwaje wożą ludzi. Dzisiaj też udaje nam się zwiedzić Wat Arun – świątynię Świtu, jeden z najstarszych i ładniejszych zabytków stolicy. Płyniemy na drugą stronę rzeki, by dotrzeć do metra i dalej do centrum Bangkoku. Odwiedzamy świątynię Wat Phara Kaeo czyli świątynię Szmaragdowego Buddy.Wracając jedziemy do Baiyoke Sky, najwyższego hotelu Bangkoku, by na 76 piętrzezjeść kolacje i wjechać na 81 piętro tam podziwiamy panoramę stolicy, i sztuczne ognie, które właśnie zostały wystrzelone ( jesteśmy nad nimi). Okazuje się, że na dole w centrum Bangkoku zaczyna się olbrzymia impreza z okazji urodzin króla. Schodzimy na dół i porywa nas fala świętujących ludzi. Wszyscy ubrani są w odświętnie w szaty żółte z różowymi i złotymi zdobieniami lub poprostu w żóto różowe koszule lub sukienki. We wszystkich świątyniach zaczyna się rozdawanie jedzenia i picia, wszyscy śpiewają, modlą się za zdrowie solenizanta, tomniesamowite. Tajowie naprawdę kochają swojego króla, takie odnosi się wrażenie gdy patrzy się na ich radość i  to z jakim szacunkiem mówią o dzisiejszym dniu. Znowu trafiamy w miejsce gdzie jesteśmy jedynymi białymi ( tego w stolicy się nie spodziewaliśmy) to pagoda, w której oczywiście trwają obchody urodzin władcy. Poczęstowano nas chyba wszystkim czym tylko można było, a najlepsze było to że udało nam się jeść to co jedzą lokalni ludzie, bez żadnych ściem dla turystów. W środku nocy docieramy do China Town. Miasto w mieście. Główna ulica cała oświetlona neonami, wszędzie chińskie napisy, chińskie jedzenie, chińscy ludzie. Miejsce super, bardzo nam się podobało.

07.12.2012 Niedziela

Rano jedziemy na wycieczkę na wodny targ i do miejscowości w której kręcono film pt. Most na rzece Kwai. Wycieczkę wykupiliśmy podobnie jak poprzednie w jednym z licznych lokalnych biur podróży. Przyjeżdża po nas busik, po drodze  zbiera jeszcze kilka takich par jak my i zawozi nas za miasto na pływający targ – Damnoen Saduak. Wsiadamy do wąskiej łodzi i zaczynamy zwiedzanie straganów od strony wody. Nasza łódka przepływa obok innych, momentami mocno stłoczonych, wszyscy oglądają kramy, czasem coś kupują, słychać targowanie się, plusk wody, szum silników łodzi. Jak na prawdziwym targu.  Następny punkt programu to most na rzece Kwai. Przed mostem znajduje się muzem, z licznymi eksponatami z czasów II wojny światowej. W czasie, kiedy byliśmy trwałby właśnie przygotowania do rekonstrukcji zdarzeń upamiętniających jedną z bitw. Samym mostem jeździ kolejka, ale sporo ludzi przechodzi cały spacerem, my też tak zrobiliśmy. Mając świadomość w jakich warunkach powstał i jakim cierpieniem był okupiony robi smutne wrażenie. Po tych kilku godzinach wracamy do Bangkoku, by wieczorem pójść na boks tajski. W tym celu jedziemy do Lumpinee Stadium. Dzisiaj gala jest niewielka, ale nam to zupełnie nie przeszkadza. Emocje jakie towarzyszą temu wydarzeniu nawet przy niedużej gali potrafią eskalować z niewyobrażalną siłą, udzielając się wszystkim przybyłym. Kibicujemy zatem z całych sił wybranym zawodnikom, klaszczemy, dopingujemy na całe gardło. Walki są bardzo widowiskowe comiesięczne bardziej podkręca i tak gorąca atmosferę, bawimy się świetnie, coś fenomenalnego. A 5 godzin spędzone na stadionie mija nam nie wiadomo kiedy. Wieczór rewelacyjnie spędzony, polecamy.

08.12.2012 Poniedziałek

Dzisiaj dzień wylotu. Raz jeszcze spacerujemy po okolicy, kupujemy pamiątki, jakieś drobiazgi, wysyłamy pocztówki. Jest nam dzisiaj trochę smutno, że czas tak szybko płynie i że wyprawa nasza dobiega końca. Ponieważ lecimy do domu późno w nocy mamy dzisiaj jeszcze cały dzień. Postanawiamy zostawić bagaże w przechowalni hotelu, w którym mieszkamy. Znowu spacerem udajemy się pod most Phra Pin Klao Bridge na wyprawę łodzią po kanałach w starej części Bangkoku. Kanały te,  krzyżują się z sobą co kilkanaście metrów. Istana plątanina niczym ulice. Zaglądamy do domów, podglądamy życie ludzi mieszkających nad wodą, dzieci kąpiące się w rzece. Mijamy też ogromne legwany i karmimy niezliczoną masę ryb, które zjawiają się jak tylko nasz kierowca zaczyna wysypywać do wody chleb. Zataczamy płynąc całkiem spore koło i jesteśmy zauroczeni tą wycieczką. Jemy ostatni raz budyniowe jabłko, smoczy owoc, pijemy wodę z kokosów, wczas leci nieubłaganie….

Taksówka, lotnisko ….. Koniec.

Bilety Quatar Tam i z powrotem 1995,50 zł
Bilety lotnicze BKK –KBV 3080,80 Batów to 388,88 zł                       Bilety KBV -CNX 3070,00 Batów to 370 zł.
Pociąg Chang Mai -Bangkog 1462 Baty                                                 Karta do telefonu – 3 GB – 599 Batów
Pobyt w Tonsay Bay Resort – 26-29/11/2012 5700 Batów                     Pobyt w Cang Mai – Hotel Blue Bird 1650 Batów
Pobyt w Bangkoku – hotel Mango 3160 Batów                                       Śniadanie w Bangkoku: płatki/ musli 30-35 Batów
Kawa 35 Batów                                                                                        Roti ( naleśnik z bananem ) -20 Batów
Woda butelkowana 14 – 30 Batów                                                           Papierosy L&M 670 Batów
Pad Thay 45 – 55 Batów

Zamieszczono w: AZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *