PLAN – HIMALAJE

Bilety kupione od pół roku.  Plan coraz bardziej nabiera realnych kształtów. Ale w końcu zostały już tylko 4 miesiące.

Ale najpierw już za miesiąc idziemy w nasze Tatry – wchodzimy na Rysy – wreszcie :-)).
Taki jest plan….

19.11.2018 Nepal, co zabrać?

Lista:
-latarki czołówki
-baterie,
-plastry,
-chusteczki, kosmetyki,
-papier toaletowy,
-płyn do rąk,
-aparat+akcesoria, power banki,
-mapa himalajów,
-kopie dokumentów,
-bilety :-),
-prześcieradła turystyczne, śpiwory,
-klapki,
-ręczniki
-nerki :-),
Ciężko idzie. Wylot coraz bliżej, a nam wszystko idzie pod górę hi, hi.
Dzisiaj mieliśmy kupić walutę i wykupić ubezpieczenie.
No…. to w kantorze pani nie miała dolarów w nowych banknotach, a pani od ubezpieczeń wcale nie chciała z nami rozmawiać bo, miała gości.
Super!!! Tośmy załatwili…

24, a może już 25 listopada podróż tam…

Lecimy, ciągle lecimy, chociaż już jesteśmy po przesiadce w Docha i po okropnych turbulencjach przed Docha. Coraz bardziej boję się latać.
Wlecieliśmy w burzę i było okropnie.
Na dodatek odkąd wylecieliśmy o 16 ciągle jest ciemno, to już 12 godzina jak jest noc za oknem, a ja tak liczyłam na słonko.
W sumie to nie wiem dlaczego??
W Docha pojeździliśmy po lotnisku pociągiem bezzałogowym, w sumie fajne uczucie.
Poleżeliśmy też trochę i nie wiem kiedy minęły nam 3 godziny.
Do tej pory narobiłam szumu na pół korytarza na lotnisku, bo wyrzucałam gumę do żucia.
Najpierw przykleiła się do pokrywki, potem mi z niej wystrzeliła na podłogę, a na końcu jak już ją umieściłam w kuble na śmieci, to zahaczyłam zegarkiem o metalową pokrywkę, która z okropnym brzękiem zleciała na podłogę. Po za tym ok…, a nie jeszcze zabrakło dla mnie obiadu w samolocie, ale w końcu okazało się, że jednak się znalazł. Z nieszczęść to jeszcze jakbyły turbulencje to wyświetlił się komunikat, żeby zostać na miejscach i się modlić. GRUBO. A na dodatek mam tak brudnego pilota do obsługi ekranu z filmami i muzyką, że postanowiłam niczego nie oglądać, żeby nie musieć go dotykać, na domiar złego na szybie obok jest odciśnięta tłusta plama po czyjejś głowie. Ohyda, okropność, obrzydlistwo, bleee. Nie wiem czy też ktoś tak ma, ale tłuste plamy na szybach po czyiś głowach wzbudzają we mnie okropne nie do wypowiedzenia obrzydzenie.
Może już wystarczy tych okropności, na zewnątrz jest obecnie minus 54 st C. W Docha było plus 25 st C w nocy.
Fajnie lecieliśmy na Jajpurem i Dehli, co prawda niewiele widziałam, ale sama świadomość, że byliśmy tam, była fantastyczna, kolejne miejsca na ziemi, o którym możemy powiedzieć- BYLIŚMY TU.
Kurczę już na mapie (tej w samolocie) widać Kathmandu. No już nie mogę się doczekać!
Jak tam będzie? Jacy są tutejsi ludzie? Co nas czeka?

Dzień 1

Udało nam się dolecieć do Pokhary.
I teraz już wiemy, że pomysł z przylotem był opcją droższą, ale fantastyczną i wartą tych pieniędzy, ale po kolei.
Po wylądowaniu w Kathmandu i walce z maszyną skanującą paszporty udaliśmy się na lotnisko krajowe. Ale… wysiadamy z samolotu lini Qatar i biegniemy, żeby przed wszystkimi zdążyć, bo na przesiadkę i zmianę lotnisk, sprawy wizowe, odbiór i ponowne nadanie bagaży mamy równo dwie godziny.
Jak nigdy wcześniej, tak teraz udało nam się, bo otworzono tylne drzwi samolotu, a że siedzieliśmy w przed ostatnim rzędzie to wyszliśmy praktycznie pierwsi. Wysiadamy zatem, szybkie zdjęcie (musieliśmy), na wejściu do hali przylotów, bieg do okienka z napisem Vizy 15-30 dni. Stajemy w kolejce, gdzie przed nami jest jedna pani. Noo czad.W tym czasie wbiega tłum z samolotu.Stoimy dumni jak pawie, że oni dopiero wchodzą, a my już, już właśnie jesteśmy przy odprawie i… Poinformowano nas, że najpierw paszporty się skanuje, o tam gdzie ten tłum, potem, z potwierdzeniem idzie do innego okienka, gdzie płaci si za wizę i dopiero z tym wraca się do okienka przy którym właśnie stoimy. Cały tłum z samolotu ustawił się właśnie do skanerów. To był pierwszy zonk. Drugi polegał na tym, że gdy wszystko było dobrze zeskanowane wystarczyło wpisać w tą maszynę imię i nazwisko i już i załatwione, dostawało się wydruk, że wszystko ok ni szło się dalej. Nasza maszyna źle skanowała (ale o tym dowiedzieliśmy się, jak już zostaliśmy w hali przylotów sami), więc nasza kolej chociaż najkrótsza nie posuwała się wcale, bo każdy musiał swoje dane wpisać ręcznie. W naszym przypadku trwało to wieczność a na koniec Krzyśkowi nie wydała potwierdzenia i się bezczelnie zawiesiła. Zanim przyszedł ktoś z obsługi i pomógł nam, czyli zeskanował paszporty w innej maszynie zostaliśmy w hali przylotów sami. Hi, hi, hi. Na razie jeszcze bez wielkich nerwów, tylko z małymi biegniemy do kontroli, to okienko z początku naszej drogi.A tam, w jednym z nich siedzi facet, wygląda jak ksiądz i nie to, żebym miała coś do księży, ale zdążyłam powiedzieć „o nie to jakiś ksiądz, nie będzie dobrze”, a on w tym czasie mówi do mnie „zapraszam”. No i się zaczęło.
Koleś dostał ode mnie wydrukowany w domu bording pass i nie mógł przyswoić, że jest to taki sam bording jak te które dostaje się jak się odprawia na lotnisku przy okienku.Trzy razy mówił, że chce ten pass, aż się zdenerwowałam, że już nie wiem czego on chce i czego jeszcze nie dostał.Krzysiek obok już dawno przeszedł całą procedurę, czeka na mnie, spogląda zdziwiony? A ten gmera coś w tych dokumentach i gada do siebie, a może do mnie? W końcu zirytowana mówię mu, że przecież to jest to czego on chce. No to się zapytał kolegi z boku ( a czas leci), ten potwierdził, że to dobry wydruk i że wszystko jest ok. A ten coś tam pomamrotał znowu i zaczął przekładać te papiery z boku na bok (a czas leci). Hurra.
Biegiem po bagaże. Został niecała godzina. Na szczęście plecaki już czekają samotnie rzucone na środku sali. Jeszcze tylko przejść przez bramki skanujące nas i bagaż i wychodzimy a hali przylotów. A czas leci…
Jaki dobry człowiek kieruje nas do wyjścia. Myśleliśmy, że to jak na naszym Chopinie, wybiegniemy z jednej hali, wbiegniemy na drugą i już i pozamiatane, ale nie… Pytamy dokąd iść a ci ludzie, że dalej, że prosto, e jest drugi budynek kawałek dalej, a czas leci.W końcu 12 z groszami nadajemy nasze bagaże uff, to mamy jeszcze chwilkę. Chcieliśmy iść na kawę, ale na szczęście nasze pani, która nas odprawiała nie pozwoliła nam nigdzie wyjść, tylko kazała szybciutko udać się do poczekalni. Tam staliśmy jak zagubione dzieci, które pierwszy raz pojechały w siną dal, ale nasz pani z odprawy znalazła nas zaprowadziła do okienka i powiedziała, że za 10 minut się zacznie bording. Korzystając z okazji wymieniliśmy dolary na rupie nepalskie i gdy myśleliśmy już, że uda nam się wypić upragnioną kawę, ale nasza znajoma z odprawy dopadła nas i zaprowadziła do bordingu, który wyglądał, tak że zostaliśmy przeprowadzeni poza kolejką ludzi, która ustawiła się do wejścia na pas lotniska i do autokarów. Przeszliśmy szybko bokiem, a potem przejął nas pan, który załadował nas do autokaru, ojojoj co to się dział, a jak szybko. Byliśmy trochę zaskoczeni, że jedziemy „autokarem”, bo całe lotnisko jest tak nieduże, że gdyby trzeba było iść na nogach tao wcale byśmy nie byli zdziwieni.
No dobrze, wsiadamy do autokaru pamiętającego czasy II wojny światowej, w tym czasie doszły (dosłownie)nasze plecaki. Uff jadą z nami :-). Zawieziono nas do maleńkiego samolotu trochę młodszego od autokaru, ale spoko malowanie miał profesjonalne i bilety na papierze kredowym i zawieszki na bagaż w takim samym stylu…super.
W środku to, to maleństwo wyglądał jakby miało ze 100 lat. Pocieszałam się faktem, że pilotom zależy, żeby bezpiecznie przelecieć tą trasę i tego się trzymałam. Szokiem było jednak jak nasz samolocik wzbił się w powietrze, leciało się nim rewelacyjnie, a do tego widoki za oknem… Pięknie się zrobiło, wreszcie góry, góry, góry.
I… wylądowaliśmy.
I, gdy tylko wysiedliśmy mówię ” już mi się tu podoba”.
Lotnisko w Pokharze jest malusieńkie, ale za to naprawdę śliczniutkie. Bagaż wydano nam ręcznie i poszliśmy szukać naszego pokoju.
Miał być blisko. Po godzinie szukania okazało się, że miejsce podane przez Booking jest w połowie drogi jaką jeszcze musimy przejść, ale zanim się to okazało poszliśmy na kawę (wreszcie od Kathmandu nam jej się chciało) i po hasło do wi-fi, bo tylko w kafejkach i restauracjach można uzyskać darmowy dostęp do internetu. Tam oczywiście po X latach nuki angielskiego zamawiamy 2 big w przekonaniu, że to dwie szklanki. Dostajemy 2 dzbanki, myśleliśmy, że umrzemy ze śmiechu, ale przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego taka droga ta kawa.
Nabuzowani kofeiną biegniemy do naszego hotelu.
Dziś juź tylko zwiedzamy okoliczne stragany, sklepy, jemy pierożki momo, popijamy lokalnym piwem,- chillout. A i co jest najważniejsze świeci słońce i jest chyba ok. 30 st.C bajka.
Wieczorem dogrywamy jutrzejsze latanie lotniami i po 37 godzinach bez snu udajemy się na zasłużone spanie.

Dzień 2

Po śniadaniu o godzinie 9.00 wyjazd.
Zawieziono nas na zbocze Sarangkot i…

Zdjęcia.

Wow, ale było fantastycznie. Nie da się tego opisać, ale ja chcę jeszcze.
Koszt tej fantastycznej zabawy to 8000 rupii (cena w naszym hotelu, w agencjach było więcej). Zajęło na to pół dnia.
Nie jest to tania rozrywka jednak naprawdę było fantastycznie.
Drugie pół dnia zwiedzaliśmy Pokharę zgodnie z planem.
Devis Falls-trochę nas rozczarowało, za to wodospad i jaskinia Gupteshwor Mahadew coś niesamowitego. Na koniec pojechaliśmy jeszcze do Stupy Pokoju. Był tam taras widokowy, niestety zamknięty, jednak widok i tak był zachwycający. Wieczorem relaksowaliśmy się przy nepalskich herbatach, naprawdę pysznych i tym razem poszliśmy na hinduskie jadło.

Dzień 3

Jedziemy w góry. Pierwszy dzień trekingu.
Ponieważ daliśmy ciała na całej długości z załatwieniem zezwoleń opóźnia nam się start. Czekamy na permity sącząc kawę i popijając piwo Everest, wreszcie udało nam się je dostać.
Ze względu na późną porę wynajmujemy taksówkę, która zawozi nas prawie do samego Biretani (drożej niż autokar, taniej niż wynajęcie jeepa).
Do samego Biretani mamy jeszcze ok 20 minut z buta. Jest godzina 13. Trasa którą dzisiaj przechodzimy jest bardzo fajna, chociaż czasami trochę dawała w kość. Najlepsze było to, że przez przypadek, może zmęczenie omijamy zejście do wioski w której zaczynają si sławetne kamienne schody. Poszliśmy poprostu dalej prosto drogą dla samochodów.

Zamieszczono w: AZJA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *